Inspirują mnie inni ludzie

W początkach mojego „świadomego chorowania”, czyli po jakiś +/- 6-ciu latach od faktycznego zachorowania (skomplikowana historia & „nie polecam” rodziców lekarzy 😛 ) motywowałam się historiami innych ambitnych, niezwykłych ludzi. Jedną z takich osób jest Iron Nun (Madonna Buder). Bardzo podoba mi się jej życiowe motto: THE ONLY FAILURE IS NOT TO TRY. Poniżej wklejam link do jednego z filmików opowiadających o jej niesamowitym życiu i grafikę, która nieraz była moim „motorem napędowym” 😉

Vienna calling & travelling calls ;)

2012 był niesamowitym rokiem nie tylko pod względem podrózy, ale również imprezowania 😉 Couch Surfing w wybrany weekend raz w roku miał zwyczaj organizować w danym mieście szereg imprez (np. impreza w tramwaju – trochę ciężko potańczyć, ale wrażażenia niesamowite) zwiedzania, pikników czy zabaw na świeżym powietrzu. Mój pierwszy CS gość przyjechał do Krakowa właśnie z tego powodu, a kilka lat później spotkałam go w Zurychu podczas służbowego wyjazdu.

Mój plan podróżniczy oprócz wyjazdów obejmował jeszcze takie imprezy jak Cracow Gathering & Vienna Calling, ale raczej nie brał pod uwagę ślubu mojej bdb koleżanki ze studiów. Ale jak już dostałam zaproszenie, to przecież nie mogłam odmówić 😉 Wtedy byłam prawdziwym & świetnie zorganizowanym „wulkanem energii”, następny weekend spędzałam już w Londynie 😉

Jak zwykle, znów zatrzymałam się u kogoś z CS, do kogo dotarłam w sobotę nad ranem. Mój host odebrał mnie, wytłumaczył gdzie śpię, podstawowe zasady u niego obowiązujące, dał klucze do swojego mieszkania i powiedział „Enjoy London!” 🙂 To była już moje kolejna wizyta w tym mieście i poza typowo brytyjskim fish & chips, chciałam pospacerować po miejscach, które szczególnie lubię np. Camden Market czy wybrzeże Tamizy. Wyjątkowo zapadło mi w pamięć przejście ludzi z Hare Krishna & wizytę w M&M`s world – 2 tygodnie później moja siostra Monika wychodziła za mąż za Marka – M&M 😉

Idealny prezent dla kochanej siostry 😉

2012 – najlepszy rok w moim życiu

FB mi czasem przypomina / wyświetla stare foto … miło powspominać dawne czasy. Ludzki mózg w zaskakujący sposób zapamiętuje dobre, fajne rzeczy, chociaż nieraz też miałam problemy z kolejną przeprowadzką, zmianą mieszkania, kolejną zmianą pracy … Wszystkie moje wyjazdy, łącznie z Brazylią (!) organizowałam sama. Z czego po latach jestem niesamowicie dumna 🙂

To jest jedna z najbardziej magicznych rzeczy jakie mi się wydarzyły w życiu. W lutym spisałam sobie plan podróżniczy na 2012, ot tak gdzie bym chciała pojechać i włożyłam kartkę „ad acta”. Potem zaczęłam naprawdę fajną pracę, która pozwoliła mi urzeczywistnić ten plan i jeszcze sporo poimprezować 😉 W pracy pierwszy, drugi wyjazd przeszły bez większego echa, ale kolejne już niekoniecznie. Wyjeżdżając średnio co miesiąc, przebyłam w 7 miesięcy (równocześnie pracując) dystans 40 tys km, odwiedzając 17 różnych krajów, a wisienką na torcie był samodzielny wyjazd do Rio de Janeiro 😉 Pod koniec roku w/w kartka jakoś znów wpadła w moje ręcę … dosłownie usiadłam z wrażenia!

undefined

Pierwszym wyjazdem był Paryż -> Lazurowe Wybrzeże -> Mediolan -> Kraków, absolutnienie niesamowity tydzień+ (9 dni) w podróży. Do dzisiaj doskonale pamiętam moment, jak pierwszy raz ujrzałam wieżę Eiffel. Na wszystkich wyjazdach nocowałam w ramach Couch Surfing, a nieodlącznym elementem były tzw. chińskie zupki, nie ma to jak zdrowa kuchnia 😉 Przeglądam fotki w moim FB albumie z tego wyjazdu & trudno jakąś the best wybrać, każda to mnóstwo niesamowitych wspomnień ;).

W Paryżu spędziłam 3 dni, zwiedzając głównie na piechotę (30 km w 1 dzień, dziś niestety nierealne) i podziwiając naj zabytki tego pięknego miasta, pływając po Sekwanie czy słuchając „Belle” pod katedrą Notre Dame. Teraz naprawdę cieszę się z tamtych odważnych decyzji i dziękuję losowi za ten cudowny rok. Następnym punktem była Marsylia, do której pojechałam słynnym francuskim TGV (pierwsza klasa była w tej samej cenie, co druga, więc wybór był prosty) – prawie 1000 km w 3h. Moj host w Marsylii zabrał mnie na powitanie, na wycieczkę motocyklem wzdłuż wybrzeża. Do dzisiaj pamiętam tamto wspaniałe uczucie bycia znów w podróży 🙂

Côte d’Azur 🙂

W Marsylii wspięłam się do Notre Dame de la Garde (fotka w lewym, górnym rogu) i zwiedziłam miasto. Jak planowałam mój wyjazd, Google stwierdził, że z Marsylii do St. Tropez jest 160 km, przy czym w praktyce okazało się, że przejechanie tego dystansu (z powodu bardzo krętej drogi) zajmuje min. 4h. Uważam, że z tego powodu ta miejscowość została tak wypromowana. Na Lazurowym Wybrzeżu jest mnóstwo bardzo podobnych miasteczek, tyle, że one nie mialy tak słynnego żandarma.

Ostatnim (tak wtedy myślałam) punktem miało być Monaco. Jako, że lubię unikatowe miejsca, z przyjemnością przyjechałam drugi raz do tego wyjątkowego księstwa. Pomijając to, że lubię pieniądze i high life (tak, wiem, w Polsce nie wypada się tym chwalić), to jest to jedyne państwo na świecie, które mogłam obejść na piechotę w godzinę 🙂 Myślałam, że jeszcze odwiedzę San Remo, ale pani kasjerka w Monaco sprzedała mi bilet bezpośrednio do Mediolanu, gdzie pogoda akurat była lepsza. W tym mieście zachwyca mnie tylko bazylika Il Duomo, więc postanowiłam tam pójść. Tyle, że w pewnym miejscu wszystko pozagradzane, ponieważ za jakieś 10 min miał tamtędy przejeżdżać sam papież, Benedykt XVI. To się nazywa być gdzieś w odpowiednim miejscu & czasie.

Joseph Ratzinger – papież Benedykt XVI

*oprócz „spotkania” papieża, jazdy motocyklem po Lazurowym Wybrzeżu czy odwiedzeniu St Tropez, ustanowiłam kolejny prywatny rekord – w godzinę byłam w 3 krajach: wyjechałam z Monaco (to też jest kraj!), przejechałam kawałek Francji i dotarłam do Włoch. I to wszystko w 1h, tyle czasu wystarczy, żeby obejść jedno (wyjątkowe) państewko 😉

#stay home – co wtedy robić?

Od dawna bardzo lubiłam czytać. Zachorowanie na stwardnienie rozsiane popchnęło mnie do czytania na temat ludzkiego mózgu, który jest najbardziej fascynującym narządem jaki mamy w swoim ciele. Dostałam niedawno od Mamy krótkie opracowanie dotycząca życia z tą chorobą. Jest ona o tyle ciekawa, że napisana przez praktyka, czyli inną osobę na to chorującą. Nie jestem fanem zaczytywania się w opisach tej nie do końca wyjaśnionej choroby. Natomiast ta książka jest bardzo ciekawa, napisana przystępnym językiem. Ten wpis niestety z powodu ogólnoświatowej pandemii nie dotyczy kolejnej fajnej podróży, ale staram się efektywnie wykorzystać czas „przymusowego” pobytu w mieszkaniu.

Home, sweet home ;)

Moja rodzina (ze względów bezpieczeństwa) ściągnęła mnie do mojego (bardzo dawnego) domu w Łańcucie. Wiem, że wszystkiemu przyświecał szczytny cel, ale powrót do własnego lokum po 7 tygodniach był najfajniejszą podróżą w tym roku 😉 póki co. Człowiek nie docenia luksusu swojego własnego mieszkania, dopóki go „nie straci” 😛

Bring me BACK to MY life!

Jedna z moich ulubionych piosenek podsunęła mi pomysł na tytuł tego postu.

Nie tak miał wyglądać mój prezent urodzinowy!

W samolocie powrotnym z Kuby (na której też nie planowałam być 😛 ) wymyśliłam, że skoro mam niedługo 35-te urodziny to trzeba zrobić coś naprawdę extra – NYC! Potem zmieniłam zdanie (wizy kubańska, a zwlaszcza irańska, po śmierci generała Sulejmaniego) na Maderę (tamtejsze sanki od dawna mnie kuszą), a skończyłam w najmniej spodziewanym miejscu – swoim rodzinnym domu 😦

Najszybszy wyjazd ever ;)

Dotychczasowe wpisy to były podróże z ostatnich dwóch lat & troszkę odnośnie mojego podejścia do trudnych sytuacji albo wartościowych przykładów, którymi się inspirowałam. Podróżować lubiłam zawsze, a poważny „kryzys” (tak, sm) potrafi skutecznie wywalić świat do góry nogami.

Livin` la vida loca 😉 Życie jest nieprzewidywalne.

Ten wpis to opis mojego naprawdę ultra-szybkiego wyjazdu na Cypr. A było to tak … W czwartek wieczorem znalazłam w sieci ciekawą ofertę 3 dniowego city-break w „europejskim raju podatkowym” … z wylotem pojutrze. Po powrocie do Krakowa, zastanawiałam się, jak ja to zrobiłam? Ale w piątek się zorganizowałam i spakowałam, w sobotę do Warszawy (wylot z Krakowa byłby zbyt prosty 😛 ) i wieczorem „kawa” na Cyprze.

Ostatnia podzielona stolica

Cypr od lat `80 XX wieku jest podzielony na część grecką (pierwotni osadnicy) & turecką (najeźdźcy). Powyższe zdjęcie przedstawia „granicę”, obowiązkowa kontrola paszportów i można iść na przepyszną baklavę. W Turcji byłam miesiąc wcześniej, bo dzięki „szaleństwom politycznym” Erdogana, wyjazdy tam były taaaaanie. Sytuacja jest o tyle ciekawa, że po jednej stronie płaci się w euro, natomiast po drugiej tureckimi lirami. Oprócz przepysznych słodyczy są meczety, inna kuchnia i odrobina orientu 😉

egzotyczny lunch – grilowana ośmiornica nad morzem 😉

Cypr jest miejscem „narodzin” Afrodyty, greckiej bogini piękna. W zachodniej części Cypru znajduje się skała, gdzie ponoć się wyłoniła z morskich otchłani. Jest tutaj ponad 300 słonecznych dni w roku, a że byłam tam końcówką listopada, jednego z najbardziej dennych miesięcy w roku, mój lunch smakował wybornie. Moje zainteresowanie „innymi rzeczami” (smakami, potrawami) dotyczy również (ku utrapieniu mojej mamy) kuchni. Jak tu przekonać Polaka, że ośmiornica jest naprawdę smaczna?

Pisanie pół żartem, pół serio z poczuciem humoru o moich przygodach, perypetiach, pozwala mi zachować dobry humor, zwłaszcza w czasach globalnej pandemii i wierzyć, że jeszcze niejedna fajna przygoda mnie czeka, a życie naprawdę potrafi zaskakiwać 😉

Trzeba się śmiać, inaczej człowiek by zwariował.

Zdaję sobie sprawę z powagi tej bezprecedensowej sytuacji, grzecznie stosuję się do najpopularniejszego ostatnio hasła #zostań w domu, ale nie pozbawia mnie to poczucia humoru 🙂 Powyższy mem jest jednym z najzabawniejszy jaki znalazłam w sieci.

A korzystając z okazji chcę wspomnieć o medycznym zastosowaniu marihuany. Ja osobiście nie korzystam, natomiast wiem, że wielu osobom to pomaga. Ze śmiesznych historii – jakieś ponad 2 lata temu SM mnie tak „zmasakrowało”, że byłam gotowa na wszystko … no, prawie wszystko 😉 Nawet moja neurolog (pół żartem / pół serio) zalecała mi wycieczkę do Amsterdamu. Skończyło się na tym, że zioło paliłam w … Teheranie, na jakiejś domówce 😉 Wpis z dedykacją dla super pozytywnej Anity.

Feliz Natal & no stress!

W końcu pracowałam w okresie gwiazdkowo – świątecznym 😉 Szczegół, że ówczesną pracę rozpoczęłam w połowie listopada, ale nie byłabym sobą gdybym nie wymyśliła … oczywiście, że tak, kolejnej podroży 🙂 Po dość szybkich i trochę późnych poszukiwaniach (Malediwy i inne fajne kierunki w rozsądnej cenie były już wyprzedane :/ ), trafiłam na ofertę wyjazdu na Wyspy Zielonego Przylądka z wylotem z Katowic 🙂 To była szybka decyzja, trochę dłuuużej zajęło mi poinformowanie o tym rodziny. Od dawna mam zwyczaj robienia sobie letnich wakacji, w środku zimy – dbam oczywiście o odpowiedni poziom wit. D3.

Republic of Cape Verde, Sal island. Santa Maria

To zdecydowanie były NAJLEPSZE święta Bożego Narodzenia w moim życiu, mimo że bez Kevina. Hasłem przewodnim na wyspach jest „no stress”, ludzie tam mieszkający mają tak niesamowicie pozytywne podejście do życia. To jest coś co da się wyczuć, potem patrzysz na przepiękny ocean i buzia sama się śmieje 🙂 Ja uważam, że stres z kolei jest (pośrednią) przyczyną wielu chorób, a na pewno nie „pomaga” w życiu z chorobą przewlekłą :/ Świetny filmik o tym nagrała moja znajoma również zmagająca się ze stwardnieniem rozsianym. Przypomniała mi się reklama Old Spice – popatrz na kobietę u góry, posłuchaj Asi – wybór jest Twój.

Spędziłam naprawdę fantastyczny, słoneczny czas & wspaniała wigilię z moimi nowymi znajomymi, i w końcu nie było tych nieszczęsnych pytań „kiedy wyjdziesz za mąż?” 🙂 Jak po ponad roku czasu piszę o tym wyjeździe, przez głowę przewija mi się mnóstwo naprawdę fajnych wspomnień, łącznie z papugami, które … nie no, papugi nie ćwierkają … ale jakoś tam śpiewały. I nawet pobyt w szpitalu ostatniego dnia pobytu, nie zepsuł tego wyjazdu. Tego dnia popłynęłam motorówką (benzyna !) po oceanie (duże fale !) na snorkling, który jest czymś absolutnie fantastycznym. Tylko nie tym razem :/ myślałam, ze „umrę”, a na drugi dzień czekał mnie 8h lot powrotny. Skończyłam w szpitalu, gdzie mnie zbadali, zrobili EKG (miałam dzięki temu „wyjątkowy prezent” dla mamy, która jest lekarzem internistą). Wróciłam do Polski, a troszkę ponad 2 miesiące później podziwiałam zorzę polarną w arktycznej Norwegii (za kołem podbiegunowym),

Fuck you Multiple Sclerosis!

Nie chcę być wulgarna w tym wpisie, chcę tylko pokazać, że SM może sobie istnieć (biorę leki, jestem pod opieką fantastycznej pani neurolog, robię rezonanse i ogólnie dbam o siebie), ale … Kiedyś miałam dość jasny plan na życie (tak mi się wtedy wydawało) – studia, mąż, dzieci, stabilna praca, wakacje raz do roku (wtedy nikt nie myślał o koronawirusie). Zanim się dowiedziałam na co dokładnie choruję minęło sporo czasu (5 lat), zanim się z tym ogarnęłam drugie tyle czasu, podczas których aktywnie podróżowałam 😉 i prowadziłam (mimo wszystko) całkiem fajne życie.

Chcę tutaj polecić kilka naprawdę wartych obejrzenia filmów, które w pewnym sensie były motywacją dla mnie:

Prawie wszystkie powyższe filmy łączy moje ulubione hasło „w moim słowniku słowo ‚niemożliwe’ nie istnieje!” Myślę, że bardzo wierząc w swoje cele, osiągałam je krok po kroku 😉 Przy okazji wydarzyły się fajne „gratisy” – w Mediolanie drogę przeciął mi sam papież Benedykt XVI, mieszkałam (no, dobra kilka dni, ale zawsze coś) 5 min piechotą od Copacabana czy spędziłam 2 noce w Monaco … poniższe foto przedstawia połowę tego „apartamentu” (12 m kw), druga połowa to prysznic.

Monaco size apartment 😉