… i znów nie wyszło … Islandia jest krajem, który chciałam odwiedzić od dawna. To był jeden z tych wyjazdów o których marzyłam długo, długooo … chyba 7 lat. Biura z którymi czasem wyjeżdałam stale & uparcie twierdziły że ja się nie nadaję, na własną ręke też nie wyszło (coś tak jakby papież Franciszek nie do końca się zgadzał żebym opuściła Kraków podczas jego wizyty) … i w końcu trafiło się niszowe biuro, gdzie stwierdzili że jak moim ograniczeniem jest chodzik (a i tak, SM), to let`s go!
Islandia jest wyjątkowym krajem, ponieważ jej największą atrakcją jest po prostu przyroda, bardzo unikatowa w porównaniu z resztą Europy. Udało mi się zobaczyć najsłynniejszy wulkan

na wyspie, który w 2010 roku sparaliżował ruch lotniczy w jakiś 1/3 świata (łącznie z moją wyprawą do włoskich Cinque Terre). Koniec końców trafiłam na fenomenalną grupę, która bardzo mi pomagała w poruszaniu się. Z pomocą chodzika, życzliwych ludzi … i samozaparcia udało mi się zobaczyć +/- 80% planu wycieczki. Gratis zobaczyłam po raz kolejny zorzę polarną … tzn. raczej jej namiastkę w porównaniu z tym co widziałyśmy w Tromso 😉
Gejzery, których nazwa pochodzi właśnie z Islandii robią wrażenie, tak samo czarna plaża (pokruszona zastygnięta lawa, zamiast piasku. Natomiast mnie najbardziej urzekło miejsce (mówiąc fachowo) cielenia się lodowca, a jak w końcu udało mi się znaleźć wyasfaltowaną (!) ścieżkę nie mogłam sobie darować zrobienia jej pamiątkowego zdjęcia.











